piątek, 30 września 2016

woda

My mamy 100 m sieci wodociągowej i najtaniej wyliczyli nam 9200 zł materiał z robocizną. Oczywiście nie wspomnę o początkowych kosztach;tzn: projekt 800 zł, mapka i przejście przez działkę sąsiada, notariusz, zapłata itp. również mieliśmy podobny dylemat : studnia czy 200m do wodociągu. Podłączenie do wodociągu kosztowałoby nas pewnie z 15 tysięcy. Zdecydowaliśmy się na studnię : odwiert - 5850, radiesteta - 150, pompa - 515, głowica, zawór - 229, kabel do pompy - 311, linka stalowa i zaciski do pompy - 288, rura pe do pompy - 141, kręgi betonowe - nie pamiętam. Razem ok. 7500 za samo zrobienie studni. Koszt zbadania wody ok. 200 (badaliśmy nawet 2 razy, myśląc że po spuszczeniu dużej ilości wynik się poprawi ale okazało się że poprawił się nieznacznie). Okazało się niestety, że woda jest bardzo za żelaziona i w ogóle kiepska. W związku z tym doszedł poważny koszt - uzdatniacz wody 5200. W tzw. pralni stoi więc spory hydrofor i inne dziwne ustrojstwa i zajmuje cenne miejsce. Co jakiś czas trzeba wrzucać do uzdatniacz wielki wór takiej soli (koszt chyba ok 25zł) i już nam wymieniali jeden baniak bo ciekł a jeszcze nie mieszkamy... Ale woda jest bardzo miękka choć jeszcze nie badaliśmy po uzdatanieniu. Wiosna się robi, niedługo będziemy zlecać badania geologiczne pod budynki pod przydomową oczyszczalnię ścieków no i ewentualnie pod kątem studni, po tych odwiertach chyba będzie wiadomo na jakim poziomie jest woda i ile by taka studnia kosztowała. Uzyskaliśmy już od gestora sieci wodociągowej, czyli gminy, zapewnienie dostawy wody, czyli możliwosć techniczna podłączenia na pewno jest, teraz popytam wykonawców jaki byłby koszt u nas. jest sobie droga, współwłaścicieli sztuk cztery (w tym ja), w drodze jest kanaliza i wodociąg, które to lat temu dwa współfinansowałem z sąsiadem dzieląc się kosztami fifty fifty (na co potwierdzenie jakby mam, bo kasa poszła przelewem, a nie 'do ręki'). dziś jadę 'na wioskę' i patrzę, a tam dżejka ryje w drodze, pytam panów czy oby się nie zagalopowali, a oni, że inwestor kazał to oni kopią - do wodociągu dokopać się chcą i kanalizy. powiedziałem, że zgody mojej nie ma i mają sobie śniadanie zjeść, a inwestor niech do mnie zadzwoni. i zadzwonił i mówi, że kwity wszystkie ma i od wpik'ów (bo ponoć kanaliza i wodociąg przekazane na ich stan), i od tego sąsiada na samej górze, bo on to właściciel tego wodociągu i nawet jemu zapłacił za przyłączenie się, więc raczej on na prawie, ale do wyjaśnienia sytuacji on kopać nie będzie, żeby sąsiedzkiego kwasu nie było. ja se myślę, że chłop tu mało winny, link a to jedynie mój sąsiad za moimi plecami wałki robi, więc blokować go nie będę, niech se tam kopie co musi. i dwa pytania na koniec: - czy nie potrzeba mojej zgody na kopanie w mojej drodze? - czy kasa od pazernego sąsiada jest do odzyskania? A, i uważam, że za zimną wodę z wodociągów to jak na razie płaci się naprawdę niewiele, a gadanie, że woda ze studni za półdarmo to nie do końca prawda. Prąd i utrzymanie studni też kosztuje. Sąsiedzi się wyłamali z doprowadzenia wody, a teraz mają problemy, bo zrobili sobie studnię i brakuje im wody do kompania, a docelowo na 2 domy ma być. Więc na pewno nie da rady. Trzeba więc przemyśleć.

chłód i klimatyzacja

Chcialabym schlodzic salon i sypialnie. Pojawia sie pytanie: czy lepiej miec dwie jednostki wewnetrzne, osobno do sypialni i salonu czy moze jedna o nawe wiekszej mocy w korytarzu? Czy jedna wewnetrzna schlodzi mi odpowiednio mieszkanie? Nie ukrywam, ze boje sie, ze w przypadku po 1 na pokoj balabym sie, ze zainstaluja mi tak, ze bedzie mi dmuchac akurat na lozko i sofe. Trudno wyrokować nie znając rozkładu mieszkania. Jeżeli salon nie jest połączony z sypialnią, to niewykluczone, że lepiej sprawdziły by się 2 jednostki wewnętrzne 2kW sypialnia i 3,5kW salon. Wybrana jednostka do sypialni powinna być cicha i mieć możliwość pracy w trybie nocnym. Do wstępnych rozmów warto zamówić więcej niż 1 firmę, żeby mieć możliwość skonfrontowania proponowanych rozwiązań. Mam klimatyzację od paru lat i zdecydowanie polecam tą centralną ponieważ koszty utrzymania(ozonowanie itp.) są podwójne, link dodatkowo cena przy zakupie jednej mocniejszej są nieporównywalnie niższe od dwóch mniejszych a różnice można przeznaczyć na lepszy model, i również zauważyłem zależność że im większa jednostka chłodząca tym mniej się psuje z producentów polecam ci LG i Simensa Mitsubishi też ma podobno małą awaryjność ale z tym producentem nie miałem styczności więc głowy nie dam, A nie lepiej zainwestować w rekuperację zamiast w klimatyzację? Jak sie zastosuje odpowiednie filtry to zimą jest w domu cieplej, a latem chłodniej, masz wtedy rekuperację i "klimatyzację" w jednym. I jeszcze pytanie czy masz mieszkanie czy domek? Rekuperacja w żadnym wypadku nie zastąpi klimatyzacji, może co najwyżej zaoszczędzić trochę energii poprzez odzysk chłodu wytworzonego już przez klimatyzację, ale tego chłodu nie wygeneruje. Dołączę się do pytania. Potrzebuję klimatyzacji do mieszkania do sypialni 30m3 Chciałbym ją schładzać na wieczór i w ciągu dnia aby drzwi były otwarte aby chłód wylatywał na mieszkanie. Podstawa to schłodzenie sypialni. Chciałbym przeznaczyć na to 2-2,5k Jaką jednostkę moglibyście polecić stosunek jakości do ceny itd. d momentu kiedy zaczeli produkcje na skale masową jakość znacznie się pogorszyła. Wzrost awaryjności i długi czas reakcji serwisu w przypadku awarii.

wtorek, 29 grudnia 2015

przyszły rok

To ulubieniec neoliberałów- Ronald Reagan, obciął wydatki na badania nad alternatywnymi źródłami energii w USA, co sprawiło, że jesteśmy dzisiaj na innym etapie rozwoju niż moglibyśmy być. Dwadzieścia lat taniej ropy od czasu porozumienia Reagana z królem Arabii Saudyjskiej (co miało pogrzebać ZSRR) do wojny irackiej w 2003 roku sprawiło, że Amerykanie się rozleniwili i pozostali przy starych paliwożernych technologiach. Póki co świat ma jednak inne problemy m.in. zanikanie miejsc pracy na skutek zastępowania ludzi przez roboty nie tylko w krajach rozwiniętych, ale też w niedalekiej przyszłości w Chinach. Karkołomne twierdzenie, że emerytury zostaną pogrzebane jeżeli ziszczą się ponure przepowiednie Tomasza Kasprowicza. Przypomnę tylko, że postulował ich wprowadzenie Bismarck w państwie w którym parlament nie miał wiele do powiedzenia. Wprowadzenie emerytur i inne reformy miały zapobiec wzrostowi poparcia socjaldemokratów i zapobieżeniu rewolucji, czego nawet teraz niektórzy nie rozumieją. chciałbym zwróci uwagę na inny aspekt nieprzewidywalności jutra. Przyzna pan, że dla przeciętnego zjadacza czegoś tam prognozy typu co będzie za 20-30 lat to czysta fikcja. I bardzo dobrze. Chyba już zwyczajowo człowiek jest w stanie dywagować nad horyzontem odległym co najwyżej o lat 8-10. Czy jesteśmy zatem w stanie osiągnąć wieksze prawdopodobieństwo przewidzenia takiej przyszłości ? W wymiarze indywidualnym – są to raczej plany wymieszane z marzeniami i ambicjami. Na gruncie relacji państwo – obywatel to jest takie samo wróżenie z fusów, jak dla przeszłości za lat 20, 30, 50 czy 150. Poza demografią dla pierwszych trzech przedziałów czasowych – żadnych konkretów. Skoro zatem nic nie jest pewne – również wydłużenie wieku emerytalnego do 67 lat to również tylko pewien element doraźnej układanki politycznej. Lepiej więc nie łudzić się, że państwo – nawet demokratyczne – jako ponoć szczytowy wynalazek człowieka będzie kiedykolwiek w przyszłości czymś innym, bardziej przyjaznym dla swoich obywateli, niż obecnie. Jesteśmy zaocznie skazani na swoistą rządową dojutrkowość – zalepianie zawałów serca chwilówki ratalne na raty doraźnie sklecanymi plastrami na odciski. Dlatego pod poprzednim pana wpisem wspominałem o potrzebie niemal wizjonerskiego podejścia do całości zagadnień dotyczących rynku pracy i tego, co ew. po niej. Ale kto miałby się tym zająć ? Jakoś juz przecież tak sie od dawna przyjęło, że na Ujazdowskich i w okolicach Wiejskiej niewiele do powiedzenia maja ci, którzy będą faktycznymi beneficjentami naszej kontestacji p.t. „Jutra nie ma” – dzisiejsi dwudziestoparolatkowie. Dowody własnej odpowiedzialności lub jej braku nasi współczesni cysarze demokracji i generałowie ekonomii i tak bez obaw … co najwyżej przebujają w emeryckich fotelach. Skoro nie da się przyszłości przewidzieć – róbta co chceta. Nikt nie zapyta: a co? nie mówiłem? Jaki sens ma wydłużanie wieku przejścia na emeryturę skoro tylko ok. 1/3 osób powyżej pięćdziesiątki pracuje, czyli większość pracodawców nie jest skłonna zatrudniać takich osób (wyniki są widoczne w wynikach badań przeprowadzonych wśród samych pracodawców, których większość nie chce wydłużania wieku emerytalnego)?

czwartek, 29 października 2015

inowacja

Nie ma na świecie gospodarki, która od razu byłaby innowacyjna. Zawsze od czegoś się zaczyna, zazwyczaj od importu pracy poprzez jej niskie koszty. Cały trik polega na tym, aby umieć wyjść poza atut niskich kosztów i zaproponować coś więcej. Ten atut w Polsce się wyczerpuje, ale wyczerpuje powoli. Głównie dzięki temu, że ciężko obecnie znaleźć kraje stabilne politycznie,w których koszty pracy byłyby niższe niż w Polsce. To nas jeszcze trzyma. Co do różnic w płacy pomiędzy pracodawcą polskim a zagranicznym, to nie wszystko. Chodzi o inne rzeczy jak zapewnienie podstawowego zaplecza socjalnego, rozliczanie nadgodzin itd. Podsumowując, Ameryki Pan nie odkrył. Każda początkująca gospodarka startuje od niskich kosztów pracy i trudno mi sobie wyobrazić coś innego. darmowe szybkie pożyczki
Przykład Pesy przytoczyłem tylko dlatego, że firma ta mieni się czymś w rodzaju lidera polskiego przemysłu, choć mnie to śmieszy, tak jak Pana. Ja wiem że Pesa czy Solaris to głównie montownie korzystające z zachodnich podzespołów. Nie drążmy tematu zanadto, jedynie chciałem pokazać jaki poziom reprezentują firmy z polskim kapitałem, które są niby liderami, z których mamy być dumni.
Proszę mi nie wciskać tez, których nie stawiałem. Gdzie w moich wypowiedziach jakieś teksty o walce klas? Jedyne o co mi chodzi to fakt, że gospodarka to zjawisko społeczne, a ekonomia to nauka (?) społeczna. Sprawna, innowacyjna, gospodarka opiera się na współpracy, wzajemnym szacunku i zrozumieniu pracodawcy z pracownikiem. Mam na myśli zaufanie społeczne, umiejętność współpracy i dostrzegania wspólnego dobra, a nie tylko czubka nosa. Jesteśmy społeczeństwem o bardzo niskim poziomie współpracy i zaufania. Nie potrafimy ze sobą rozmawiać, nie potrafimy słuchać, ani próbować zrozumieć drugiej strony. Chcemy słuchać tylko i wyłącznie siebie. Jesteśmy egoistami. Społeczeństwo takie jak polskie, póki co nie jest moim zdaniem zdolne do budowania innowacyjnej gospodarki. Wciąż jedziemy na niskich kosztach pracy, bo to jedyne paliwo, które nas napędza. Nie potrafimy współpracować, nie potrafimy wymyślać. Boimy się niekonwencjonalnych rozwiązań w przemyśle, bo co jak się nie sprawdzi? W jednym z ostatnich numerów Polityki był świetny artykuł opisujący perypetie polskiej doktorantki szukającej inwestora, który pomógłby jej wdrożyć do produkcji jakiś innowacyjny patent w dziedzinie fotowoltaiki. Ze 3 lata bujała się po Polsce. Inwestora znalazła w Japonii.
Zdrowy rynek pracy opiera się przede wszystkim na szacunku pomiędzy grupami interesu. Henry Ford uważał, że każdego jego pracownika musi być stać na auto, które produkuje. Inaczej masowa produkcja dóbr konsumpcyjnych nie osiągnie pełni potencjału. Rozumiał, że musi dzielić się zyskami, które i tak w jakiś sposób do niego w przyszłości wrócą. Mógłbym godzinami pisać o przykładach polskich firm, które ludziom płacą grosze, ale siedziby firm są wyłożone złotymi krawężnikami. Kolejna prawda objawiona, w którą wierzę - polski biznes wyżywi się sam. Nie potrzebuje związków, porządnego kodeksu. Potrzebuje pracownika, który nie pyszczy i robi. W razie czego, ściągną tabuny Ukraińców, albo po prostu zamkną biznesy (inaczej nie potrafią). Przecież już dzisiaj mamy prawo, które w zasadzie spełnia cywilizacyjne normy zatrudnienia (no, poza minimalnymi stawkami może). Mamy nawet służbę w postaci PIP, która to sprawdza. I co? Ano to, co jest typowe dla społeczeństw stojących na niskim poziomie rozwoju i opartym na braku zaufania. Otóż tworzymy restrykcyjne prawo, którego ostrość łagodzona jest poprzez pobłażanie obchodzeniu przepisów.
wzajemna zgoda
widzę tutaj złą wolę. Oprócz operatora dźwigu (to jedynie przykład) mamy dużo innych zawodów, w których brakuje rąk do pracy
zależy od definicji średniego lub małego miasta (miasteczka?). To ciekawe, przecież byznes narzeka że nie ma wykwalifikowanych ludzi do roboty. Ja mieszkam w mieście średniej wielkości i to właśnie przedsiębiorcy tutaj twierdzą. Zgadzam się z tym, że może gdzieś w Kowarach na Dolnym Śląsku tej pracy nie ma. Zawsze znajdziesz przykład adekwatny do założonej tezy. Ale bezrobocie spada i niekoniecznie jest to wynik emigracji. Jak napisałem, Warszawa to nie cała Polska. Są miasta jak Rzeszów, Bielsko Biała, tam problemu z pracą ewidentnie nie ma. Trzeba jednak coś umieć.
mam zgoła odmienne doświadczenia w tej materii. Znam dziesiątki osób żyjących na emigracji w warunkach urągających godności. Tam godzą się na takie życie, w Polsce czują się oburzeni. Chyba się nie dogadamy. Nie wierzę, że za 1500 Euro (netto) miesięcznie w Irlandii (dominanta) da się zapewnić wypas życiowy - opłacać opiekę medyczną na wysokim poziomie, wziąć krechę na fajnie mieszkanie w dobrej lokalizacji, chodzić do knajp, itd.
Nie zgadzam sie kompletnie.

gospodarka

Jakość pracy jest słaba, ponieważ wciąż borykamy się z mentalnością polskiego pracodawcy, który prędzej kupi 10 Ferrari na firmę, niż da godziwie zarobić pracownikowi. Wszystkim tym, którzy psioczą na "kolonię" którą rzekomo jesteśmy pod rządami PO w porozumieniu z koncernami zagranicznymi, sugeruję szybką analizę porównawczą, która pokaże skalę "śmieciowości" w zakładach prowadzonych przez zagraniczne firmy, a firmy polskie. Tym, którym się nie chce, z góry odpowiadam, że prędzej cywilizowane standardy zatrudnienia spełni pracodawca zagraniczny niż polski. Polski kapitalizm tanią siłą roboczą stoi i nie zmieni tego nic, jeżeli nie zmieni się folwarczny stosunek pana na włościach względem pracownika. Póki polski biznes będzie mógł jechać na taniości pracy, będzie na niej jechał, bo tak jest łatwiej. Skoro firma (przykład z życia wzięty - firma polska wykazująca co kwartał miliony zysku), zamiast zapłacić pracownikowi uczciwe nadgodziny za pracę w sobotę, woli go na te weekendy zatrudniać na umowę zlecenie, na której pracuje się na zmianach 16 godzinnych (!), to gdzie oni będą ryzykować inwestycje w innowacje, które się być może sprawdzą, a być może nie. Kolejny przykład to słynna na całą Polskę bydgoska Pesa. Perła polskiej innowacyjności, która powoli dziękuje polskim spawaczom i zatrudniła tabuny spawaczy z Ukrainy, którzy spawają aż miło i nawet słowem nie pisną o kodeksie pracy. Później 6 z 8 zamówionych przez moje miasto tramwajów wraca na naprawy gwarancyjne z powodu pękającego podwozia. Ja uważam osobiście, że za jakość pracy w tym kraju odpowiada przede wszystkim mentalność społeczeństwa. Jako społeczeństwo nie dojrzeliśmy do konkurowania myślą, wydajnością i innowacyjnością, dlatego jako pracodawcy ciśniemy ten lud i wyciskamy z niego ostatnie krople godności. Zaniechania PO, czy PISu, czy jakich tam chcecie darmowe szybkie pożyczki polityków to problem co najwyżej drugorzędny (jak nie trzeciorzędny). Można wprowadzać stawki minimalne jakie się chce, zdeterminowany byznesmen zawsze znajdzie legalną metodę aby to obejść. Można dawać ulgi na innowacyjność - zaraz się okaże że ktoś za pieniądze publiczne zorganizował sobie armię zwykłych pracowników, których zrekrutował w "innowacyjny" sposób. Jakość gospodarki to nie politycy i nie przepisy. To kultura społeczna i obowiązujące w niej zasady współdziałania pomiędzy ludźmi. Zaufanie i współpraca. Nic innego. Zgadzam się w pewnej mierze z powyższym postem. Owszem, z rozmów z pracodawcami wynika, że jest to najbardziej ciemiężona grupa. O ile miało to jakiś sens w latach 90-tych, o tyle teraz w czasach znakomitych zysków, może budzić jedynie zdziwienie. Wystarczy przeczytać wywiad z H. Bochniarz z lutego 2015 (lub jeszcze lepiej raport Lewiatana). Wnioski? Państwo zrzuca kłody pod nogi pracodawcom, uniemożliwia rejestrowanie firm, kontroluje, narzuca bardzo wysokie podatki, komplikuje prawo. Sami pracodawcy chcą płacić mało jak najmniej, najczyściej padała suma 1600 pln netto. Tymczasem ich ulubionym sposobem zatrudniania są umowy śmieciowe, a same etaty to relikt przeszłości (sic!). Najlepiej żeby nie było okresu wypowiedzenia i nie trzeba było podawać przyczyn zwolnienia.

Ale nie tylko mentalność pracodawców jest problemem. W Polsce prawo pracy umożliwia (a czasami nawet zachęca) zatrudnianie na umowę zlecenie. Śmieciówki są legalne. Prawo jest zawiłe i pełne interpretacji. A narzekanie pracodawców bardziej przebijało się w mediach (i docierało do polityków) niż problemy pracowników. Wygląda jednak na to, że są rezerwy. Udział płac w PKB w Polsce jest najniższy w UE... Co najgorsze, nie udało się wypracować modelu, wspólnych reguł gdzie prezentowane i dyskutowane są różne interesy. Wystarczy spojrzeć jak działają związki zawodowe w Niemczech. Ustalają dla całych branż lub firm jednoosobowych standardy warunków pracy, np. dotyczące umów zbiorowych, poziomów płac lub czasu pracy. U nas ZZ są co najwyżej branżowe i dbają tylko o interes pracowników danego zakładu pracy często kosztem innych.

Co do konieczności emigracji, coż... Problem jest na tyle złożony, że książkę można by pisać. Gdyby ktoś zapytał mnie (tak jak Komorowskiego), jak wyżyć za 2 tysie w Warszawie, to ja był odpowiedział co innego. Ja, powiedziałbym tak: zapomnij o swoich studiach politologicznych, naucz się operować dźwigiem (na przykład) i bez problemu znajdziesz sobie pracę w budowlance. Wyprowadź się z Warszawy do innego miasta (średniej wielkości) i nie dość, że zarobisz więcej, to jeszcze spadną ci koszty życia. Bo prawda jest taka, że emigrując z Warszawy do Londynu, spadasz z deszczu pod rynnę. W Londynie będziesz miał tak ogromne koszty życia, że i tak wylądujesz w klitce na kupie z 10 osobami i raczej w tym Londynie ciężko ci się będzie dorobić własnego M. Z jakichś powodów w Londynie to nie jest problem, ale w Warszawie już tak. Ja wiem, że to generalizowanie, dla wielu być może coś obraźliwego. Ale prawda jest taka, że nie samą Warszawą ten kraj stoi, nie każdy musi być magistrem, a emigracja nie jest żadnym złotym środkiem. Zdecydowana większość (podkreślam większość, nie wszyscy) na tej emigracji jakoś nie dorabia się własnych 4 kątów, długimi latami tkwi w zawieszeniu pomiędzy Polską a Zachodem, nie inwestuje w siebie i własne umiejętności, zadowalając się wynajmowaną w ileś tam osób szeregówką i ostentacyjnym szastaniem pieniędzmi na wakacjach w Polsce. Po 10 latach budzą się i wiedzą, że do Polski nie ma po co wracać, jedyne co pozostaje to dalej wegetować w Irlandii i wydawać w Polsce (bo przecież jak wyleczę wszystkie zęby w Irlandii, zaraz okaże się, że i żyjąc tam nie mam za co wypełnić garnka).

niedziela, 22 marca 2015

wynalazek

Rezim w Polsce rozpoznal waznosc wynalazczosci. Czytalem ze juz dawno powstaly biura doradcze dla wynalazcow i instytucje oferujace pomoc finansowa. Ponadto kazdy polski wynalazca moze rowniez otrzymac pomoc z programow i funduszy Uni bezposrednio.
Oczywiscie to musi zalezec od poziomu innowacyjnosci i potecjalu ekonomicznego.
Jednakze nie nalezy sie spodziewać znaczacej sie wynalazczosci od osob indywidualnych. Tylko w wiekszych hight-tech frmach jest to mozliwe.
Ja pracuje z wynalazcami. Każdy jest wielce podniecony swoim pomyslem. Ale ponad 90% tych pomyslow nie ma wartości ekonomicznej.
Nie jest prawda ze wszyscy zwalczają wynalazców. W powaznych firmach istnieja programy zachety i premie dla wynalazców. Poczytajcie o historii firmy 3M na przykład.
Nie sluchajcie plotek. A o przysłowiowym Łagiewce i jego kilkunastoletniej walce z naszymi oficjalnymi ekspertami nie słyszałeś? Parę lat temu gdzieś czytałem, ze jego wynalazek jest jednym z najważniejszych wynalazków przełomu wieków według opinii jakichś zachodnich fachowców , a u nas skutecznie jest zwalczany. A o wykończeniu inżyniera Karpińskiego i doprowadzeniu go do śmierci już po przemianach nic nie słyszałeś? Nie pitol więc! Mnie samemu pewien urzędnik Urzędu patentowego przed wyjazdem do USA prosił, aby znaleźć mu kontakt z odpowiednimi ludźmi w Stanach, bo ma do sprzedania parę ciekawych tematów. Na początku lat 90-tych czytałem  w którymś z dzienników wywiad z przedstawicielką firmy holenderskiej, która uruchomiła filię swego zakładu w Polsce. Prowadzący wywiad zapytał Holenderki o jej opinię o polskich pracownikach. Pani odpowiedziała, że kierownictwo jej firmy jest zadowolone z pracy Polaków i tylko jedno budzi zastrzeżenie: wielu Polaków zgłasza do zwierzchników propozycje usprawnień, zmian, czy wprowadzenie nowych, lepszych rozwiązań i nie mogą zrozumieć, że to nie do nich należy. Od tego są fachowcy a Polacy powinni starać się jak najlepiej wykonywać nakazaną pracę bez wydziwiań i ulepszeń, bo nie należy to do ich obowiązków i nie za to otrzymują wynagrodzenie. Polak jest do roboty,   a nie od myślenia! Ostatnie zdanie ja dodałem od siebie.
Faktem jednak jest ze w Polsce wynalazczość prawie w ogóle nie istnieje. To wynik marnej edukacji zdominowanej przez religie z głównym celem – przygotować do dozywotniego niewolnictwa.

czwartek, 22 stycznia 2015

kurs

Weź młoteczek i trzepnij się w główkę , jak nie wiesz o co chodzi z tymi kredytami we frankach ,to się nie odzywaj. Po pierwsze to nasze państwo wplątało nas za sprawą banków w kredyty frankowe i niech nas lepiej z tego wyciągnie. Po drugie są to młodzi ludzie którzy, chcieli w naszym kraju spokojnie mieszkać i pracować a teraz muszą się martwić o swoje jutro . I teraz niech ci młodzi wyjadą szukać pracy za granicą , to twoja emerytura będzie tylko marzeniem , bo nikt na nią nie będzie pracował.  Trzeba być niedorozwiniętym umysłowo aby dać dupy szwajcarowi na 30 lat. Przecież na lichwie bankowej jest wychowany! Co tam jak stoi frank względem innej walutu? Ma byc wysoko jak ich gospodara! Tylko mądry Polak myslal ze ich waluta spadnie poniżej złotówy i bedzie eldorado w stroju kąpielowym! Na wegrzech dawno banki odbieraja mieszkania tym co za franka teraz musza placic więcej Problem nie dotyczy tylko Polski Zrobili wielki bizness na tych co chcieli godnie żyć.A pomocy nie bedzie z nikad.Bedzie tylko gorzej! Bo frank do gory pójdzie a nie w inna strone. Tyle madrych ziomów...płacić dupki i tyle wam zostalo... kupujac niebogate mieszkanie za 200 tys trzeba przez 30 lat płacić po 1000 zł miesięcznie, a jak sie wreszcie splaci ten kredyt ile to mieszkanie będzie warte w 40 letnim bloku niech jeszcze wzrośnie kurs franka robi sie po 1500 miesięcznie a jak chcesz sie wycofać z strojów kąpielowych to się okaze że po paru latach spłacania kredytu gdyby sprzedać mieszkanie to i tak zostaje sie ze 100 tysięcznym kredytem interes jak bajka Polacy oddają się w niewolę bankom.  Może to co napiszę wzbudzi ogólne zgorszenie, ale uważam że jakieś sztuczne ratowanie kredytobiorców jest nie w porządku. Biorąc kredyt we frankach powinniśmy, i myślę, że jesteśmy świadomi ryzyka jakie to za sobą niesie, nie mówiąc o tym, że to są kredyty wieloletnie i wszystko może się zdarzyć. Ja wzięłam kredyt w złotówkach i nikt nigdy za darmo mi nic nie dopłacał tylko dlatego że nie mam z czego spłacić. Jest to nie w porządku do reszty kredytobiorców, którzy płacą większą ratę bo biorą kredyt w złotówkach - a państwo im nic nie dopłaca. Dla tych, ktorzy twierdza, ze doplacaliby frankowiczom... Jezeli pracujesz w Polsce i nawet nie brales kredytu we frankch to tez straciles. Straciles, bo zwiekszone raty spowoduja zciagniecie zlotowek z rynku. Frankowicze po prostu zamiast kupowac uslugi i polskie towary beda wiecej oddawali bankowi szwajcarskiemu. Mozesz, sie cieszyc tym, ze sasiad w stroju kąpielowymbedzie mial gorzej, bo raty mu wzrosna. Ale tym samym możesz stracic prace bo zamiast kupowac Twoje towary bedzie wiecej oddawal szwajcarom, aby to im sie żyło łatwiej. Mysl ... Wprowadzanie np. max. widelek kursowych to nie pieniadze zabrane innym tylko zmusznie bankow, aby takze braly cześć ryzyka dla stroju kapielowego na siebie. Swego czasu banki namawiały klientów na kredyty we frankach, tłumacząc,że jest to niezwykle korzystna forma i osoby mniej zamożne mogą z niej skorzystać.Sugerowano też,że jest to okazja i trzeba się spieszyć,bo ta promocja niebawem się skończy.O zagrożeniach nikt nie mówił. Teraz słusznie wielu klientów czuje się wmanewrowanych w coś, co opłacało się tylko bankowi.Czy za nierzetelną sprzedaż bank odpowie? I w jakiej formie?